Im więcej się dzieje… - podsumowanie roku 2011
poniedziałek, 02 stycznia 2012 00:29

Czy wiecie jak dokończyć zdanie: Im więcej się dzieje…?

…tym mniej jest czasu na komentowanie.

I to jest prawda. Ta dziwna zależność w tym roku dała o sobie znać o czym świadczy totalny brak wpisów. Wszystko dlatego, że działo się nadzwyczaj dużo.

Po pierwsze: Jak o rodzina zakończyliśmy szczęśliwie najważniejszy projekt na 2011, czyli...

zmiana mieszkania. Projekt stał się pilny dość nagle, kiedy okazało się że ściany naszego mieszkanka na Marszałkowskiej nie są z gumy, i że lada chwila a przestaniemy się w nim mieścić. Projekt trwał od jesieni 2010 roku i obejmował m.in.: sporządzenie planu, przygotowanie mieszkania do sprzedaży, sprzedaż, poszukiwanie nowego mieszkania, kupno nowego mieszkania, przeprowadzkę na czas remontu, remont i ostateczną przeprowadzkę. Bite 12 miesięcy.

 

Ale udało się. Mam własny pokój i Olenka też ma własny pokój. W sumie dużo miejsca do zabawy i mogę też poćwiczyć w spokoju.

Po drugie: Poczyniłem postępy. Na początku 2011 po raz pierwszy stanąłem w pionizatorze. Po około dwóch miesiącach potrafiłem już samodzielnie utrzymać swój ciężar na nóżkach i pionizator wylądował w piwnicy. Nie byłoby to możliwe, bez moich wspaniałych przyjaciół, Pani Anny Kloze, Pani Jaonny Chorąży i Pana Maćka Wiśniewskiego a także Pani Agnieszki Wolskiej, czyli czwórki najwspanialszych rehabilitantów na świecie, którzy byli ze mną od początku 2010r. Późną wiosną, w związku z przeprowadzką na Jelonki, rozstałem się z Panią Anią i Panem Maćkiem. Wszyscy ogromnie to przeżyliśmy. Nie ma takich słów na świecie, którymi mógłbym wyrazić, jak bardzo jestem im wdzięczny za ich serce i pracę, która wykonali. Na szczęście przez cały czas, także w czasie kiedy mieszkaliśmy u dziadków, towarzyszyła nam Pani Asia. Przyjeżdżała do mnie kiedy tylko mogła. Uparcie ćwiczyła ręce siadanie i czworaki. W tym czasie troszkę się usamodzielniłem. Potrafię samodzielnie zjeść kanapkę a czasem, kiedy mi się chce, upolować widelcem parówkę. Zacząłem też więcej chodzić trzymany za rączki.

Oprócz postępów ruchowych, znacznie poprawiłem się w kilku innych rzeczach. Mówię już bardzo dużo i coraz więcej osób mnie rozumie. Rozpoznaję kolory i liczę do pięciu w czterech językach. Interesują mnie dinozaury, samochody i wszystko co dotyczy Króla Lwa. O mój rozwój intelektualny dba Pani Lidka, terapeutka ze szpitala w Międzylesiu (przesyłam noworoczne całusy!).

Pod koniec roku, otrzymałem wreszcie upragniony chodzik r82 model Mustang, zwany przez wszystkich pieszczotliwie Mustasiem. Niestety nie zdołałem się nacieszyć, bo przytrafiła mi się paskudna kontuzja lewego kolanka (trzymajcie kciuki, żeby wszystko było dobrze)

Po trzecie: Przyjaciele znowu nie zawiedli. Co ja bym bez Was zrobił? No usiadłbym chyba i płakał (gdybym jeszcze potrafił siedzieć ;). Dzięki Wam i waszym wpłatom w tym roku odbyłem ponad 150 godzin rehabilitacji i innych zajęć usprawniających. Dostałem od Was mnóstwo zabawek i ubranek a od Pani Marty Bartosiewicz i pracowników firmy Inpharm wspaniałą paczkę na Święta. Macie kochani wielkie serducha i za to szacun!

A jakie są plany na 2012?

Przedszkole być może będzie musiało troszkę zaczekać. Priorytetem jest nauka samoobsługi ze szczególnym uwzględnieniem sygnalizowania rozmaitych potrzeb, chyba że rodzice znajdą przedszkole gdzie nie będzie to problemem. Także i w tym roku czeka mnie sporo gimnastyki, ze szczególnym uwzględnieniem siadania i czworaków. Na szczęście z tym ostatnio coraz lepiej.

Zresztą zobaczcie sami jaką niespodziankę przygotowałem dla rodziców W OSTATNI DZIEŃ STAREGO ROKU :)  (Pani Asiu, dziękuję!!!!)

Korzystając z okazji, życzę Wam w nadchodzącym roku sukcesów i spełnienia marzeń (ale nie wszystkich, bo marzyć jest fajnie J).

Do zobaczenia wkrótce!

Tito.