Wakacje 2012 cz.I
wtorek, 11 września 2012 21:12

No i stało się. Cudowna żoneczka dokonała niemożliwego i spakowała cały dom na wakacje (a ja dokonałem heroicznego wysiłku, żeby upchnąć to wszystko w naszym „miśku”!) i w niedzielę skoro świt ruszyliśmy do Dąbek nad Bałtykiem.

Miejsce wybrała Gosia parę miesięcy naprzód. Również to Gosia przekopała Internet i zarezerwowała domek. Towarzyszyło temu wiele narzekań ze strony strażnika domowego budżetu: „Czemu tak drogo?!”. Na co żonka odpowiadała zawsze tak samo: „To znajdź proszę coś lepszego!”. Opór nie miał sensu. Tak więc kiedy wybiła godzina mojego urlopu grzecznie poprosiłem o dwie kanapki,  soczek i mogłem jechać.

Po godzinie Olena, poprosiła o pięć minut na pierwsze siusiu.

 

 

Po kolejnej następne itd. itd. Po czterech Tito zaczął histeryzować i krzyczeć, że „on już tego nie wytrzyma”. Byliśmy zdziwieni, że nas informuje, gdyż zazwyczaj tego nie robi. Dopiero wieczorem, pod prysznicem odkryłem, że od fotelika zrobiła mu się na kręgosłupie wielka, nabrzmiała śliwa. Pomyślałem sobie wtedy, że i tak był dzielny.

 

 

Po kolejnej godzinie i piątym czy dziesiątym siku, dzieci pozazdrościły mi kanapki i zarządziły kolejny postój na uzupełnienie niedoboru szynki, jajka i pomidorków. Połykaliśmy jedzenie w pośpiechu, ponieważ wzbudziliśmy nadmierne zainteresowanie niemałej eskadry natrętnych os. Jedna z nich postanowiła zabrać się z nami „na gapę”. Zauważyliśmy ją po godzinie drogi. Gosia odpięła pasy i przy prędkości 100 km/h próbowała ją ścigać w samochodzie pełnym ludzi, jedzenia i sprzętów. Nie powiem: dość emocjonujące chwile. Niestety osa nie chciała wysiąść po dobroci, więc znów musiałem się zatrzymać. Kiedy sobie poleciała i odpaliłem silnik, żeby wreszcie ruszyć, Olenka cichutko pisnęła: „Siusiu!”

Po ośmiu godzinach i blisko pięciuset kilometrach wreszcie dotarliśmy na miejsce.