Wakacje 2012 cz.II
środa, 10 października 2012 20:25

Nie licząc kilku incydentów na tle zawodowym, na wakacjach był pełen relaks i luz.

Standardowy plan dnia wyglądał tak.

1.      Pobudeczka

2.      Śniadaneczko

3.      Vamos a la playa!

4.      Obiadeczek

5.      Sjesta

6.      Zakupy, zabawy, czas wolny

7.      Kolacyjka

8.      TV, internet czy co tam kto lubi

9.      Spanko

Fanie, nie? Oczywiście życie składa się z wyjątków. Jeden z tych wyjątków to my raczej zapamiętamy  na długo...

 

W pobliskiej miejscowości znajdowała się stadnina koni. Któregoś dnia zajechaliśmy tam przed plażą i okazało się, że mają tam różnych rozmiarów koniki i kucyki. Olenka wsiadła bez problemu, natomiast Tito w połowie okrążenia stwierdził, że to zabawa nie dla niego. Wrodzona ambicja nie dała jednak za wygraną. Tito przez resztę dnia się namyślał i wieczorem oznajmił, że następnego dnia spróbuje jeszcze raz.

Dzień zapowiadał się pięknie. Było ciepło i słonecznie. Zjedliśmy porządne śniadanie i pojechaliśmy do stadniny. Tito nie mógł się doczekać. Całą drogę opowiadał, jakim to jest dzielnym kowbojem i że będzie gnał jak burza. Wsiadł bez problemów a ja poszedłem opłacić jazdy. Oprócz Tytusa jeżdżącego na „Rybce”, tego dnia, na większym koniu jeździło jeszcze jedno dziecko. W pewnej chwili, podczas mijania, ten inny koń nagle strzelił kopytami w kierunku Tytusa i Gosi, która go asekurowała. Zamarłem! Stałem trochę dalej i w pierwszej chwili nie wiedziałem czy to było naprawdę czy mi się tylko wydawało. Ale płacz Tytusa nie pozostawiał wątpliwości. Podbiegłem do nich. Gosia przytulała Tytusa. Była przerażona nie mniej niż on. Modliłem się, żeby nie stało mu się nic poważnego. Na szczęście kobyła spudłowała i jedynie lekko drasnęła „Rybkę” w nos („Rybka” sprawiała wrażenie jakby nic się nie stało, nawet nie drgnęła!). Tytus dość szybko, się opanował, ale nikt z nas nie miał już ochoty na konie. Poszliśmy więc karmić kozy.

Dzieci karmiły kózki na wyścigi. Zawiodła mnie podzielność uwagi i brak trzeciej ręki. W pewnej chwili obydwoje jednocześnie wyciągnęli rączki w stronę krat. Zdążyłem powstrzymać Olenkę, przed włożeniem rączek za kraty, ale Tytusa już powstrzymać nie zdołałem. Kiedy odwróciłem się w jego stronę zobaczyłem, że jedna z kóz przeżuwa rękaw jego bluzy. Najlepsze jest, że Tito nie zdawał sobie z tego sprawy. Dopiero moja trochę zbyt gwałtowna interwencja spowodowała, że znów głośno się rozpłakał.

Bardzo chcieliśmy go pocieszyć i poszliśmy pokazać mu jak ruszają noskami króliczki. Posadziłem go sobie na kolanie a nogę oparłem na pniu. Pień okazał się spróchniały. Noga mi się omsknęła a Tytus wyhamował pięć centymetrów nad ziemią. To już przelało czarę goryczy. Przerzuciłem Tytuska przez ramię i poszliśmy do samochodu. Usłyszałem jak sobie narzeka

- Konik mnie kopnął, kózka mnie ugryzła, tata też kopnął…

Ubawiło mnie to i rozczuliło. Faktem jest, że mieliśmy małego moralniaka. W końcu nam zaufał. Gosia powiedziała wtedy:

 

- Nie wiem jak dotrwamy do wieczora.

 

Niestety miała kurcze rację. Tego dnia podczas zabawy w morzu fala wywróciła pontonik z Tytuskiem i Olenką w środku. Mam wrażenie, że wszyscy na plaży to słyszeli. I w miasteczku chyba też.

A tutaj zamieszczam zdjęcia z naszych wakacji