Ukradli nam wózek – cz. I
czwartek, 18 października 2012 21:57

Ukradli go nam spod drzwi w sobotę trzydziestego sierpnia. Chyba jakoś pod wieczór. W niedzielę rano pełni animuszu pakowaliśmy się z dzieciakami na działkę. Właśnie zacząłem wynosić przed drzwi torby z prowiantem, pieluchami, zabawkami itd. kiedy Gosia spytała:

– A gdzie wózek?!

Już raz to przerabialiśmy. Na Marszałkowskiej nóg dostała stara Emmaljunga. Teraz strata była znacznie poważniejsza.

Zniknął nasz ukochany Phil&Teds, bez którego nasze codzienne funkcjonowanie stało pod znakiem zapytania. Wspomniana Emmaljunga odnalazła się jeszcze tego samego dnia na Targówku. Syn sąsiada potrzebował na wódkę. Nie uszedł uwagi naszej "straży sąsiedzkiej" jak nazwaliśmy pewną starowinkę, która spędzała całe dnie z nosem przyklejonym do szyby. Niestety na Jelonkach,  póki co wciąż jesteśmy nowi, tak więc nikt nic nie widział ani nie słyszał.

Policjant, który spisywał protokół był trochę zdziwiony, że taki wózek stał sobie nieprzypięty. Jego mina mówiła: „sami jesteśmy sobie winni”.

- Niech pan przegląda Allegro – powiedział.

- Ale też go poszukacie, tak?

- Tak, tak. Oczywiście…

Uparłem się, żeby wpisał do protokołu, że wózek miał nieoryginalny wentyl w tylnym kole i rozciętą gąbkę na rękojeści, no i najważniejsze: że był bez dodatkowego fotelika.

Wózek przypinaliśmy może przez pierwszy miesiąc mieszkania na Jelonkach. Potem Gosia oświadczyła, że nie będzie tego robić, bo jak wraca z dzieciakami i z siatami pełnymi zakupów to ma wystarczająco dużo z atrakcji, żeby jeszcze się bawić w przypinanie wózka. Nie mogłem nic zrobić, ale wykalkulowałem sobie, że sprawny wózek z dodatkowym fotelikiem za półtora tysiaka to jednak trochę zbyt duża promocja. Uznałem, że jeśli wypinając ten fotelik choć trochę utrudnię potencjalnemu złodziejowi odsprzedaż wózka, to gra jest warta świeczki. I robiłem tak codziennie przez bity rok, nie bacząc na Gośkę, której spojrzenie zdawało się mówić „masz obsesję, ale jeśli tak lubisz to tak rób”.

Jednak kiedy wózek zniknął, jakoś się nie ucieszyłem. W poniedziałek dzieci miały iść po raz pierwszy do przedszkola a bez wózka było to po prostu niemożliwe. Gosia tradycyjnie wpadła w czarną rozpacz a ja tradycyjnie udawałem, że „nic się nie stało” i że „dla chcącego nic trudnego” i takie tam. Ułożyłem plan, że chwilowo dowozić będziemy Tytusa Emmaljungą, tylko musiałem wpierw ustalić gdzie się znajduje. Zadzwoniłem do Maćka, u którego po raz ostatni widziana była nasza stara kareta. Kupiliśmy ją za dwie stówki, od sympatycznego pana, który przyznał, że jeździły nim jego trzy córeczki i świetnie się sprawowała. Potem przez rok jeździł nią Tytus, i też się świetnie sprawowała. A potem jeszcze przez chwilę synek Maćka – Stasiek. I też nikt nie narzekał. Ale tu nasza wiedza się kończyła. Ostatecznie udało się ustalić, że wózek wylądował na strychu w dawnym mieszkanku Maćka, w Ursusie. Niestety Maćka akurat nie było w Warszawie, więc po wózek musiała po niego pojechać żona Maćka Ania, po to żebym mógł go odebrać z Mokotowa. Ufff… (Aniu dzięki!). W końcu gdzieś koło dziesiątej wieczorem miałem wreszcie nasz stary wózek. Jego stan uczciwie należało ocenić na dostateczny z minusem, co oznaczało, że mechanicznie wszystko z grubsza hulało, natomiast wizualnie, przedstawiał się bardzo tak sobie (wyglądał jakbym go podwędził uczciwemu zbieraczowi złomu). Dałem sobie spokój z przypinaniem na noc. Podpompowałem mu tylko kółka.

Kiedy wszedłem Gosia siedziała na kanapie ze wzrokiem utkwionym w monitor komputera. Nawet na mnie nie spojrzała.

- Chodź pokażę Ci jaki fajny wózek znalazłam dla Tytunia - powiedziała.