Ukradli nam wózek – cz. II – Dzieci idą do przedszkola.
niedziela, 21 października 2012 20:02

Wprawdzie Gosia co jakiś czas przebąkiwała o tym, że nie jest pewna czy Olenka będzie chętna żeby chodzić na nóżkach do tramwaju, ale myślałem, że to jedna z tych obaw, które można dzielić przez dwa, albo nawet przez cztery. Prosiła mnie żebym jej pomógł tego pierwszego dnia, bo miała do zabrania całkiem sporo bambetli: worki, kapcie, ubranka, pieluchy, kubeczki, szczoteczki itd. no i oczywiście naszą dwójkę. Zgodziłem się, ale nie miałem pojęcia na co się piszę...

 

Następnego ranka wyszykowałem się do pracy, a Gosia wyszykowała dzieci do przedszkola. Dzieci były podniecone na wieść o nowym miejscu do którego idą, ale nie aż tak ażeby zrezygnować ze swoich codziennych rytuałów marudzenia przy wstawaniu. Były też „lekko zawiedzione”, że nie będzie śniadania a tym bardziej bajek po śniadaniu. Tak więc ogarnięcie całego bałaganu zajęło trochę więcej czasu niż się spodziewałem i powoli zaczęło do mnie docierać, że dotrę do pracy spóźniony. Ale prawdziwie dramatyczne sceny rozegrały się w drodze do przedszkola. Zaczęło się kiedy posadziliśmy Tytusa w nowym-starym wózku. Wywołało to zazdrość Oleny, która rozpłakała się i nie chciała iść po dobroci. Co było robić? Byliśmy już trochę podenerwowani i prawie spóźnieni, więc wziąłem chorego Tytusa na ręce żeby Olena mogła pojechać w wózku. To nie spodobało się Gosi, która „zwróciła mi uwagę”, że ona nie da rady nieść Tytusa. Odburknąłem jej coś i od słowa do słowa, udało nam się koncertowo ze sobą pożreć (a nie uszliśmy nawet pięciu kroków!). Dopiero wtedy, wściekli na siebie i na dzieci, z czystym sumieniem i nową energią ruszyliśmy do tramwaju. Gosia miała rację, że noszenie Tytusa to kiepski pomysł. Dałem radę go nieść tylko połowę drogi i umordowałem się przy tym nieludzko. Zaordynowałem więc, że teraz będzie jechał Tytus a Olenka będzie szła. Jak się należało spodziewać ten pomysł nic a nic nie spodobał się Olenie, która mniej więcej wtedy kompletnie odmówiła współpracy. Nie chciała iść a brana na ręce wyrywała się i kopała. Gosia usiadła na krawężniku i się rozpłakała. Mnie też się chciało płakać z tym, że zapomniałem już jak to się robi. Metodą przekonywania i gróźb udało się w końcu sprowadzić Olenę do tramwaju. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Ledwo zablokowałem hamulec na kołach kiedy tramwaj ruszył. Z tramwaju wysłałem do pracy szybkiego smsa, że się spóźnię pół godzinki. Jak się potem okazało byłem zbyt wielkim optymistą. Ledwie skończyłem pisać kiedy usłyszałem w tramwaju donośny huk. Rozejrzałem się ostrożnie, inni pasażerowie też się rozglądali zaniepokojeni. Tytus spytał:

- Ta-to-o?! Co to był-o?

- Nic synku, to chłopcu pękł balonik – odpowiedziałem.

Rzeczywiście wtedy do tramwaju weszła młoda kobieta z chłopcem mniej więcej w wieku Tytusa. Tyle, że pół sekundy później ten chłopiec także spytał swojej mamy „co tak strzeliło”.

Dotarło do mnie, że to chyba jednak nie był balonik… Spojrzałem na koła i zobaczyłem, że na jednym zamiast opony jest jakiś nieforemny farfocel.

- Co się stało? – spytała Gosia kiedy zobaczyła moją minę.

- Nie wiem jak ci to powiedzieć… - zacząłem – ale możemy się trochę spóźnić do tego przedszkola.

Guma na kołach tak spróchniała, że opona wystrzeliła pod naciskiem hamulca. Kiedy wysiedliśmy zdjąłem koło, żeby ocalić to co z niej zostało. W końcu tym wózkiem dzieci muszą jeszcze z przedszkola wrócić. A to z kolei oznacza, że musieliśmy naprawić to koło jeszcze przed leżakowaniem. Pchałem i jednocześnie podtrzymywałem wózek z Tytusem, bo bez jednego koła się przewracał. Tymczasem Gosia perswadowała rozpłakanej Olenie, żeby trochę szybciej ruszała nóżkami. Kiedy w końcu się dotelepaliśmy do przedszkola przedstawialiśmy żałosny widok. Pan i Pani Chaos z Dziećmi. Spoceni i wściekli pohukiwaliśmy na siebie i na rozmazaną Olenę. Jeden Tytus zachował w tym wszystkim stoicki spokój. Pozwolił się przebrać i ochoczo ruszył na spotkanie paniom przedszkolankom.

Kiedy uwolniliśmy się od dzieci mogliśmy wreszcie na spokojnie rozważyć tragizm swojego położenia. Prawdopodobnie dętkę moglibyśmy dostać w pierwszym lepszym serwisie rowerowym, ale dostać oponę no, no… Gosia znów się troszkę rozczuliła, więc przytuliłem ją i obiecałem, że coś poradzimy. Przez kolejną godzinę jeździliśmy od serwisu do serwisu, ale było jeszcze zbyt wcześnie rano i wszystkie były zamknięte. Ja musiałem już wracać do pracy, więc wręczyłem jej koło i obiecałem, że kupimy nowe kółko w sklepie albo używane na Allegro.

Gosia zadzwoniła do mnie gdzieś o jedenastej z informacją, że w serwisach mogą założyć dętkę, ale to bezcelowe, bo opona nie nadaje się już do niczego. Nawet nie ma co łatać. Do tego czasu obdzwoniłem parę sklepów, ale nigdzie nie sprzedawali części do Emmaljungi. Po chwili zadzwoniła szczęśliwa Gosia z informacją, że ma już oponę. Rozpłakała się Panu w serwisie rowerowym i sprzedający wymontował oponę z jakiegoś dziecięcego rowerka. Już w domu okazało się, że koło jest trochę przyduże i wózek hamuje tylko na jedną stronę, ale chwilowo sytuacja była opanowana. W chwilę po telefonie Gosi zadzwonił Grzegorz:

- Jak się nazywał ten wasz wózek?

- Phil&Teds – odpowiedziałem.

- Jest coś takiego na Gumtree, w Ożarowie. Zdjęcie jest wzięte z katalogu.

- Myślisz?

- Nie wiem, zobacz sobie. Na razie.

Przeczytałem ogłoszenie i nie mogłem już do końca dnia myśleć o niczym innym.