Ukradli nam wózek – cz. IV – Niski, chudy i łysy
sobota, 27 października 2012 08:38

Dzień wcześniej w pracy poskarżyłem się koleżance, z którą pracuję, że ukradli mi wózek, i że jest gdzieś w Ożarowie i że policja nic nie robi itp.. itd. Jak się okazało, to był strzał w dziesiątkę, bo właśnie dzięki Wioli dokonał się największy „przełom w śledztwie”.

„Wózek nie duzo jezzdony. Sklada sie latwiutko. Zdjęcia będę mieć po poludniu, jak aparat wroci z serwisu.”

Taką oto piękną odpowiedź znalazłem na swojej skrzynce następnego dnia. Przyszła z adresu Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. . Natrualnie utwierdziłem się tylko w swojej teorii. Problem był w tym, że nie mogłem nic zrobić. Miałem tylko adres e-mail. I żadnych dowodów. Wiola zauważyła jaki się snuję markotny.

- Chodź, pokaż ten adres – powiedziała. – Próbowałeś wpisać w gugle?

 I zanim zdążyłem odpowiedzieć szybciutko wstukała adres. Wyskoczyło forum dla matek dzieci w wieku szkolnym. Jakaś Pani prosiła o skan ćwiczeń dla siedmiolatków.

-  A próbowałeś na fejsbuku? Tam jest taka funkcja, że można poprzez e-mail szukać znajomych…

Nie minęła minuta a już szperaliśmy w rodzinnym archiwum zdjęć niejakiej pani Magdy. Wyglądało na to, że o ile jej córka wyrosła z tego wózka, to pani Magda nadzwyczaj długo wstrzymywała się z jego sprzedażą. Oprócz nazwiska, dowiedzieliśmy się też skąd pani Magda jest i gdzie pracuje. Informację o sprzedaży wózka zamieściła na swoim profilu, więc tym mocniej zacząłem się niecierpliwić, że wózek może się sprzedać.

Po południu zadzwoniła Gosia. Powiedziała, że jest w drodze na zebranie w przedszkolu ale, że dostała esemesa, że zdjęcia wózka zostały wysłane na e-mail. Druga część esemesa brzmiała, że „trzeba się szybko decydować, bo jest duże zainteresowanie”. Akurat trochę mnie to uspokoiło, bo wydało mi się to wyjątkowo prymitywnym naganianiem. Poprosiłem więc Gosię, żeby odpisała, „że dziękuje za zdjęcia, ale dziś nie da rady obejrzeć wózka i że chciałaby obejrzeć jutro po osiemnastej”.

Chwilę potem otrzymałem zdjęcia. Na szczęście były dobrej jakości. Widać było wyraźnie nieoryginalny wentyl i brak dodatkowego siedzonka. Jedyna rzecz, która się nie zgadzała to pałąk-uchwyt. W tle zdjęć majaczył blok, w którym oglądaliśmy mieszkanie z Panią Haliną. Miałem już imię i nazwisko, e-mail, nr telefonu i wiedziałem mniej więcej jaka to okolica. Prosto z roboty pojechałem na komisariat. Znów czekałem blisko godzinę, ale łysy wielkolud, z którym rozmawiałem tym razem pozytywnie mnie zaskoczył. Wziął ode mnie dane Pani Magdy i poszedł je sprawdzić, a mnie kazał zaczekać.

Do moich uszu docierały strzępki rozmowy: „Ty! Mam ją! …Gdzie? …Poznańska… a ten Mariusz?... brat jej… chyba… o, kurwa!… osiem osób tam jest zameldowanych…. no to chyba autobus trzeba będzie podstawić…”

Wrócił do mnie i powiedział.

- Pan zadzwoni i się umówi na oglądanie.

- Jestem umówiony, ale na jutro.

- To Pan się przemówi na dziś.

- Na pewno? Nie chcę tego spalić.

W tym momencie przyszło jeszcze dwóch policjantów. Pierwszy był niski i nabity, kojarzyłem go, bo przyjmował ode mnie zgłoszenie w niedzielę. Drugi był chudy i wysoki. Obydwaj mniej więcej w moim wieku.

- Co jest? Jedziemy? – zapytał Niski.

- No chwila, Pan tu się musi umówić – odpowiedział Łysy.

- To szybciutko, wyjmujemy telefonik i dzwonimy – powiedział do mnie Niski.

Zadzwoniłem do Gośki i poprosiłem, żeby spróbowała mnie umówić na oglądanie. Była wściekła.

- Łukasz, ja teraz kąpię dzieci i właśnie trzymam mokrego Tytusa, i mam go teraz tak zostawić czy jak? Poza tym, chcę ci powiedzieć, że twoja matka, nie zmieniła Tytusowi pieluchy i nie dała dzieciom kolacji…

- Zadzwoń Gosia, proszę. Powiedz, że mąż wrócił z pracy wcześniej i mógłby podjechać…

- … a jak przyszłam to oglądała sobie tefauen! Więc się jej zapytałam czemu nie dała im nic do jedzenia. I wiesz co mi odpowiedziała? „Bo nie wiedziałam!”. No powiedz mi, czy ona myśli? To jest ostatni raz jak zostawiam ich samych z twoją matką…

Gośka darła się na mnie niemożliwie głośno. Zastanawiałem się czy gliniarze słyszą wszystko czy tylko część.

- Gosia, pogadamy w domu, obiecuję. A teraz zadzwoń do niej, ok.?

Niski był strasznie niecierpliwy, ciągle dopytywał czy możemy już jechać. Łysy kazał sobie jeszcze pokazać zdjęcia. Miałem je na pen drajwie. Ostrzegł mnie, że mogą być wirusy. Za chwilę zadzwoniła Gosia i powiedziała, że adres napisze mi za moment. Upewniła się też, że nie jadę tam sam i kazała się o wszystkim informować.

- No to dajcie panu kamizelkę i jedziemy – zażartował Niski.

Umówiliśmy się, że będę jechał za nimi. Nie było to proste, bo od świateł do świateł rozpędzali się do stu dwudziestu. Wjechaliśmy do Ożarowa i zaparkowaliśmy pod znajomym blokiem. Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc przesiadłem się do ich samochodu.

- I jest ten adres? – zapytał Niski.

- Jest. A nawet klatka i piętro – odpowiedziałem.

- Kurwa! Co za debile, no! Zamiast gdzieś wyjść, chociaż przed blok, to oni tam sobie… herbatę parzą – powiedział. – Jest za dwadzieścia. Idziemy?

- Jeszcze pięć minut – powiedział Chudy po czym odwrócił się do mnie i spytał – Pracuje pan? Czym się pan zajmuje?

- Pracuję w funduszach unijnych – odpowiedziałem.

- A! To pan jest od tej unii! – potarł brodę. - Powiem szczerze, nie bardzo mi się podobają te fundusze.

- To znaczy?

- Kiedyś moja żona chciała pieniądze na otwarcie działalności, i w urzędzie pracy jej powiedzieli, że jak chce dostać to musi się postarać … i coś tam…

- No bo może powinna przyjść tu do pana – wtrącił Niski.

- Wie Pan, to tak jakby powiedzieć, że wszyscy policjanci są źli bo ktoś kiedyś wziął w łapę – odpowiedziałem.

Tylko Niski się zaśmiał, ale raczej przez grzeczność. Wysiedliśmy z auta i poszliśmy szukać windy.

- Jak wejdziemy i spytam pana „czy to pana wózek?”, to wie pan co chcę usłyszeć? – zapytał mnie Chudy.

Kiwnąłem, że rozumiem. Wjechaliśmy na górę i zastukaliśmy pod wskazany adres. Chwila ciszy. Potem szczęk zamka. Otworzyła znana mi ze zdjęć Pani Magda. Sądząc po minie, raczej nie spodziewała się ujrzeć czterech facetów.

- My po wózek. Możemy wejść? – zapytał Chudy. Panowie nie czekali na odpowiedź. Pokazali blachy, powiedzieli: „policja”  i po prostu weszli. W przedpokoju stał mój wózek. Chudy spytał:

- Czy to pani wózek?

- Tak – odpowiedziała cicho kobieta.

- Czy jest pani zupełnie pewna? Bo według mnie ten wózek został skradziony proszę pani – powiedział po czym zwrócił się do mnie - Czy to pana wózek?

- Tak – odpowiedziałem. Oprócz pałąka.

Pani Magda westchnęła. Skrzyżowała ręce za plecami i oparła się plecami o ścianę. Dałbym głowę, że widziałem u kobity ten rodzaj rezygnacji i ulgi, który się widzi u małych dzieci przyłapanych na kłamstwie.

- Proszę mi powiedzieć skąd go pani ma? – zaczął drążyć Chudy.

- Kupiłam na Olimpii – odpowiedziała pani Magda. Mówiła coraz ciszej.

- Kiedy?

- Dwa dni temu.

- A za ile?

- Za dwieście złotych

- Taki wózek? Za dwieście złotych? Aha….

Sposób w jaki przesłuchują policjanci zawsze mnie zadziwia. Nie grożą, nie krzyczą i nie stosują podprogowych sztuczek. Ich nadzwyczajna uprzejmość może wytrącić z równowagi. Zupełnie inaczej niż na amerykańskich filmach. Ale też są do bólu rzeczowi. A we wszystkim co mówią pobrzmiewa, pewność, że to oni są górą i że przyznanie się do winy to tylko kwestia czasu.  Z łazienki wyszła na oko sześcioletnia, młodsza córka pani Magdy. W piżamie przeparadowała przez przedpokój zupełnie ignorując wszystkich łącznie z własną matką po czym udała się do pokoju naprzeciwko i zamknęła w nim od środka. Przyglądałem się mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że to nie żadna dziupla, tylko normalnie urządzone mieszkanie.

- Czy w domu jest ktoś dorosły oprócz pani? – spytał Chudy.

- Nie.

- To prosiłbym, aby Pani zorganizowała na noc opiekę do dzieci.

Kobieta wyjęła telefon i zaczęła dzwonić.

W przedpokoju stało kilka rowerów.

- A te rowery to Pani? – zapytał Niski.

- Tak – odparła.

- A ma pani jakieś paragony, dowody zakupu?

W tym momencie Łysy poprosił mnie o złożenie wózka i powiedział żebym wrócił na komisariat i tam na nich zaczekał. Przystałem na to ochoczo, bo ciąg dalszy w ogóle mnie nie interesował. Z samochodu zadzwoniłem do Gośki.

- Miałaś rację, to jednak nie był nasz wózek – powiedziałem.

- No mówiłam ci, przecież, że nie nasz!

- Żartuję przecież! Pewnie, że nasz…

A potem Gośka powiedziała coś czego się w ogóle nie spodziewałem. Powiedziała: „przepraszam”.