Przygodo! Gdzie jesteś? - cz.1
poniedziałek, 18 marca 2013 21:18

Parę dni temu uznaliśmy, że czas najwyższy zaplanować wakacje.

Ostatnimi czasy nasze myśli coraz częściej krążyły wokół tematu odpoczynku, gdyż zmęczenie i uparta zima dały nam się mocno we znaki i marzy nam się po prostu chwila wytchnienia.  Szczerze powiedziawszy nasze życie to cholerny obóz koncentracyjny. Jeśli o mnie chodzi, nie ma wielkiej różnicy między pracą a domem, bo w jednym jak i drugim miejscu muszę harować, żeby przetrwać. Zapieprzam na dwie zmiany - najpierw w pracy od rana do nocy, po czym wracam do domu i zasuwam przy dzieciach. To nie tak, że ich nie kocham. Wprost przeciwnie, kocham je bardzo mocno. Ale kiedy jest się na kogoś skazanym, to ta miłość zwyczajnie przechodzi …

Weekendów nienawidzę jeszcze bardziej niż dni pracujących. Bo trzeba zajmować się dziećmi, bo nie mogę się wyspać,  bo Gosię zawsze rano boli głowa i zawsze się pokłócimy o to kto wstanie do dzieci i je ubierze. No bo jeśli będą ganiać w pidżamach to przecież zaraz się przeziębią. A przeziębienia to my się boimy najbardziej na świecie. Z katarem i gorączką nie pójdą do przedszkola, a jak nie pójdą do przedszkola, to Gosia będzie z nimi udupiona w domu i będzie musiała wysłuchiwać jak całymi dniami wyją i marudzą a wtedy na mnie spadną zakupy… itp. itd.

 

W tym roku tak się jakoś złożyło, że od jesieni dzieci były chore chyba już siedemnaście razy. Zazwyczaj więc ktoś do nich wstaje i zazwyczaj jest to Gosia (kara w postaci wyrzutów działa na mnie słabiej niż wzmocnienie w postaci perspektywy pięciu minut dłużej w łóżku :D. Gosia zazdrości mi tego, że przez pięć dni tygodniu mogę zmienić jeden obóz koncentracyjny na drugi. Ona skazana jest tylko na ten domowy. Jest wykończona monotonią i powtarzalnością  swojej egzystencji. Wstaje raniutko i usiłuje dobudzić „potwory”, które zazwyczaj głośno przy tym protestują. Rozgrywa się przy tym istny dramat: wrzaski, piski, marudzenie, groźby i szantaże to standardowy poranny repertuar naszej rodziny. Nie wątpię, że budzimy przy tym wszystkich sąsiadów. Następnie Gosia stara się okiełznać cały ten bałagan. Ubiera ich i myje im zęby; czasem przebiera, jeśli któreś zaleje się piciem albo wodą przy myciu zębów. Następnie zakłada po dziesięć par spodni, kamizeleczek, szaliczków i czapeczek i smaruje kremem na każdą pogodę. Potem wkłada Tytusa do wózka i pozostaje już tylko wynegocjować z Oleną, żeby zechciała wejść do wózka, albo iść nieco szybciej niż w tempie ślimaczym. Jeśli negocjacje się nie powiodą, to istnieje ryzyko, że ucieknie ostatni tramwaj niskopodłogowy o 7: 51 i trzeba będzie czekać na mrozie kolejne piętnaście minut. To z kolei grozi przeziębieniem…  no i Tytus nie zdąży zjeść śniadania (jje bardzo wolno, a śniadanie kończy się w przedszkolu o 8:30). Kiedy już Gosia odtransportuje dzieci do przedszkola i ma tyle szczęścia, że nie zejdzie jej powietrze z koła (tej zimy dwa razy wymienialiśmy dętkę!), może spokojnie udać się do na zakupy (zima nie zima, coś jednak trzeba jeść). Potem nastawia pranie moich koszul, w biegu łyka śniadanie i właściwie może się szykować po dzieci do przedszkola. Gna na tramwaj, z tramwaju do przedszkola. W przedszkolu znów musi ubrać niesforną kompanię. Zazwyczaj dostaje od Pań „prezencik” – wielką siatę z zasikaną pościelą Tytusa. Z powrotem Olena ćwiczy chodzenie na piechotę, więc powrót trwa dwa razy dłużej. Kiedy docierają do domu wszyscy są zziębnięci i nieludzko zmęczeni Pani Asia już czeka pod klatką. Więc trzeba szybko rozpakować towarzystwo. Tytus protestuje najgłośniej, bo też jest zmęczony, a jeszcze musi poćwiczyć. Kiedy Tytus ćwiczy Gosia musi zająć się Oleną, która jest o Panią Asię trochę zazdrosna (niepilnowana Olena będzie zaglądać do Tytusa, żeby popatrzeć jakie sztuki wyprawia wspólnie z Panią Asią).

Tak więc marzy nam się urlop. Jest nam po prostu konieczny do przetrwania.