Przygodo! Gdzie jesteś ?! – cz. 2
sobota, 30 marca 2013 18:07

Ponieważ obydwoje jesteśmy nieziemsko styrani,  marzy nam się odpoczynek w pięknych okolicznościach przyrody (i tego… niepowtarzalnej).

Ostatnimi czasy Skarb przystąpił do przetrząsania Internetu w poszukiwaniu wymarzonych wakacji. I tak jak w zeszłym roku, moja luba ma w związku z tym huśtawkę nastrojów właściwą dla kobiet w stanie błogosławionym. Przeżywamy wspólnie szybko następujące po sobie wzloty i upadki, nadzieje i zawody. Bo już, już coś wydaje się być wymarzonym ośrodkiem, z dużym domkiem z widokiem na jezioro, placem zabaw i całodziennymi animacjami dla dzieci, kiedy po telefonie okazuje się, że wszystko jest już dawno zarezerwowane naprzód, bodaj aż do dwa tysiące dwudziestego albo, że parking jest dodatkowo płatny prawie drugie tyle co domek (małym druczkiem). Albo w komentarzach ludzie piszą, że miejsce rzeczywiście jest super, o ile komuś nie przeszkadzają tabuny pijanej młodzieży i zarzygane chodniki.

Wszystko było jakieś nie takie. Zacząłem się zastanawiać czemu to u licha musi być takie trudne? Aż zapytany z nienacka przez żonkę, gdzie ja bym chciał pojechać wyrwało mi się, że marzy mi się przygoda. Spojrzała na mnie jakoś dziwnie, a ja się chyba zaczerwieniłem, bo zrozumiałem jaką palnąłem głupotę.

 

Zanim poznałem Gośkę, chodziłem gdzie chciałem i robiłem co chciałem. Po tym jak się poznaliśmy – też właściwie robiłem co chciałem (no było może trochę trudniej ;) . Pracowałem, ale bez przekonania, bo starczało do pierwszego. Pójść na imprezę i wrócić nad ranem? Żaden problem! Ciekawy koncert? Proszę bardzo! Spontaniczny wyjazd w góry ze znajomymi? No jasne! Kiedy jednak urodził się Tytus, z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Nagle zaczęliśmy się bać o przyszłość. Jego i swoją. O to czy wystarczy nam kasy na rehabilitację i w ogóle na życie. Wtedy mieliśmy dość mgliste wyobrażenie o tym jak w ogóle będzie ono wyglądać (dziś jest trochę lepiej, ale bez przesady…). Byliśmy w totalnej rozsypce, wrzuceni w kołowrót rehabilitacji, poszukiwań najlepszych terapii i utytułowanych specjalistów („najlepszych w Warszawie o ile nie w Polsce”). Przeżywaliśmy lęki, depresję, desperację, bezsilność, wściekłość i żal. Chyba nawet w takiej kolejności. Żal towarzyszy nam do dziś. Podszyty jest lękiem. Czuliśmy się bardzo osamotnieni. Nikt wśród naszych bliższych, ani dalszych znajomych nie miał podobnego problemu, ale wszyscy chętnie dawali mnóstwo dobrych rad, np. „musicie tylko go kochać, reszta jakoś się ułoży”. Bardzo dziękujemy. Też mamy dla Was radę: „wsadźcie sobie swoje rady gdzieś głęboko, okej?”.

Odkryliśmy, że nie na wszystko w życiu starczy nam czasu i energii. Musieliśmy nauczyć się planować. Z dnia na dzień zrezygnowaliśmy z większości rzeczy, które nie są nam potrzebne do tego aby przeżyć. Bez większego żalu pożegnaliśmy drobne przyjemności, jak jedzenie na mieście, spotkania ze znajomymi czy uprawianie sportów. Nie wspominając o bardziej szalonych projektach. Nagle też praca stała się bardzo ważna. Problem w tym, że dawniej lubiłem to co robiłem a teraz stało się to moim obowiązkiem. To wiele zmienia. Teraz muszę wmawiać sobie, że nadal to lubię.

Ale tęsknota za życiem bez zobowiązań przetrwała gdzieś na dnie. Na co dzień przykryta masą codziennych spraw i obowiązków, w tej jednej naszej krótkiej rozmowie niespodziewanie dała znak życia. Wprawdzie nie wrzasnęła tylko raczej pisnęła cichutko, ale jednak…

Było mi głupio, bo wymsknęło mi się, że marzę o tym by wyskoczyć choć na chwilę z tego pociągu, który wiezie naszą dwójkę tam gdzie wcale nie chcemy. W tamtej jednej chwili oddałbym wszystko, żeby choć na chwilę wrócić do dawnego życia bez zobowiązań, bez dzieci, bez żony. Oddałbym wszystko, żeby wyskoczyć na chwilę na jakiś "Broad Peak", poszwędać się po klubach, pobajerować panny i wrócić do domu nad ranem. Bez stresu, że ktoś mi każe się wynosić z domu albo wygoni z wyra, bo "śmierdzę jak gorzelnia”. Dlaczego moje życie nie może być choć trochę łatwiejsze? Dlaczego nie może być choć bardziej radosne? Bardziej szalone? Dlaczego nie mogę czasem przemknąć gdzieś bokiem tylko zawsze muszę iść z losem na wymianę? Na szczęście, wszystkie te tęsknoty szybko uleciały. Albo dały się zracjonalizować. Trochę zbyt podtatusiały jestem na lans w klubach. Trochę też już nie mam siły (a coraz częściej i ochoty) na całonocne balangi czy sporty ekstremalne. Byłoby to lekko naciągane. Nie wspominając o żonce, której pełen wyrzutów wzrok mówił, jak bardzo byłoby to nielojalne.

Na szczęście wkrótce znaleźliśmy odpowiednie miejsce na wakacje. Niedrogi domek z widokiem na jezioro, obiadek o 14 i wokół same rodziny z dziećmi.

No i kto by tu tęsknił za przygodą?