Synku, czy ty mnie słyszysz?
wtorek, 16 kwietnia 2013 20:29

Chyba powoli przywykamy do choroby Tytusa. Od pewnego czasu natężenie ekstremalnych przeżyć w związku z jego stanem wyraźnie zmalało. To uśpiło naszą czujność. Tym boleśniej  odczuwamy chwile kiedy choroba postanawia o sobie przypomnieć. Tak też było ostatnio.

Codzienne dziwaczne zachowania Tytusa są dla nas normalnością. Przyzwyczailiśmy się, że Tytus całymi dniami zalega na podłodze. Że potrafi bawić się strzykając śliną np. przez godzinę, albo dłużej. Że wybierając się gdziekolwiek, np. na spacer albo „na miasto” musimy zawsze przemyśleć, czy zmieścimy się gdzieś z wózkiem i czy w miejscu, w które się udajemy jest winda. Siłą rzeczy jesteśmy nieporównanie mniej mobilni niż inne rodziny, bez podobnego problemu. Wózek jest tu częstym argumentem. Nie chodzimy sobie na spacery tak po prostu. Zawsze i wszędzie targamy wózek. Dlatego zima jest dla nas tak żałosna. Nikomu nie chce się pchać tego cholernego wózka po śniegu. A nie wszędzie da się dojechać samochodem. Więc w weekendy najczęściej gnijemy w domu.

Przyzwyczailiśmy się, że nasze kontakty towarzyskie uległy ograniczeniu. Wyjścia bez dzieci są planowane z dużym wyprzedzeniem. Zależą od tego czy Jola ma akurat na tyle sił i chęci, żeby zająć się dziećmi (np. umyć i położyć spać). Wspólne, bardzo rzadkie, wyjścia do znajomych, siłą rzeczy ograniczają się do hołmingu.  Z niedowierzaniem słucham, jak inni rodzice wyjeżdżają z dziećmi w góry na narty, albo żeby sobie po tych górach po prostu pochodzić. Rowery? Bez żartów. Basen? Tylko jeśli  dzieci są zdrowe i tylko razem z Gosią, bo jedno z nas musi pełnić rolę indywidualnego ratownika dla Tytusa. Kino? Dziękuję - półtorej godziny w fotelu to by było morderstwo dla jego kręgosłupa.

Przywykliśmy też, że w przedszkolu nie ma z Tytusem szczególnych problemów. Co pół roku Gosia chodzi na „rozmowy” nt. Tytusa i jego postępów.  Nie dowiaduje się podczas nich niczego o czym byśmy już nie wiedzieli. Np. że Tytus nie informuje o tym, że chce mu się np. siku, że łatwo wpada w złość i że wyje na leżakowaniu i nie daje innym dzieciom spać. A także  o tym, że ma słabą koncentrację, źle trzyma kredkę, nie rozumie liczb powyżej dwóch i że woli towarzystwo dorosłych. Wiemy, że to nie jest normalne, ale zdążyliśmy przywyknąć. Przeróżne tego typu jego zachowania są tonowane serdeczną reakcją Pań przedszkolanek. Jednak dzieci w wieku szkolnym będą się z niego śmiać. Zapewne skończy się to tym, że Tytus, kiedy podrośnie, zostanie przez rówieśników odrzucony. Ignorujemy te wszystkie niepokojące sygnały, bo nie mamy innego wyjścia. Po prostu nie mamy czasu, czujemy się bardzo zmęczeni  całym tym maratonem, a oprócz Tytusa mamy jeszcze Olenę.

Ale są chwile kiedy daje o sobie znać to co tak usilnie staramy się ignorować i o czym pragnęlibyśmy zapomnieć. I zazwyczaj dzieje się to nagle i niespodziewanie. Tak jak ostatnio. Był ranek i wszyscy gdzieś się spieszyliśmy. Ja do pracy a Gosia z dziećmi - do przedszkola. Gosia ubrała Tytusa i poprosiła, żeby poszedł do kuchni i tam na nią zaczekał  a sama poszła pomóc ubierać się Olenie (Tytus przyjmuje z rana swoją porcję lekarstw). Jednak Tytus nie zareagował. Gosia krzyknęła więc lekko poirytowana:

- Tytus! Marsz do kuchni! Ile razy mam powtarzać?

Cisza. Coś mi się w tym wszystkim nie podobało. Przerwałem mycie zębów i poszedłem do Tytusa. Gosia już tam była. Tytus klęczał na środku pokoju zagapiony na ścianę. Odruchowo spojrzałem w tym kierunku, jednak niczego nie dostrzegłem. Ale tam coś było, coś obcego i nieodwołalnego. I to coś upominało się o naszego syna. Gosia podeszła do niego:

- Tytus! Słyszysz co ja mówię?

Totalny brak reakcji. Wtedy poczułem to charakterystyczne dławienie. Było mi duszno, kolana miałem z waty. Strach, od którego zdążyłem się już odzwyczaić znów bezczelnie wlazł w nasze życie. Gosia ujęła Tytusa za ramionka i lekko potrząsnęła.

- Synku, ty mnie nie słyszysz? Synku!

Dopiero wtedy do nas wrócił. Rozpromienił się kiedy zauważył Gosię, wtulił się w nią i powiedział:

- Mama…