Upadl na głowę - sierpień 2013
czwartek, 05 grudnia 2013 22:43

Dźwięk transmitowany był z bardzo daleka. Jakimś cudem docierał do mnie, przenikał przez luki w synapsach myśli, omijał grzęzawiska skojarzeń i bocznym obwodem wślizgiwał się do świadomości. Był niezbyt głośny i nieszczególnie przykry, ale nieustępliwy w swojej metodyczności. Wydobywał na powierzchnię rzeczywistość pogrążoną w oceanie błogiego niebytu i poddawał ją reanimacji. Ten dźwięk domagał się mojej uwagi, pobrzmiewała w nim ta pewność, że będzie usłyszany. Jednocześnie budził niepokój. Jak coś trochę nie na miejsu i nie w porę. Jak telefon co nagle ożywa na biurku koleżanki, która odeszła z pracy dawno temu. Dzwoni i dzwoni. Próbujesz go ignorować, przecież "to-nie-do-ciebie," ale wiesz, że to na nic. Jakby mówił "Ha-lo! Wiem, że tam jesteś. Bądź dobrym chłopcem i odbierz wreszcie. Ha-lo!". W końcu się poddajesz. Zrezygnowany wstajesz, żeby go odebrać...

 

 

Ten dźwięk był nawet trochę podoby.
- Ha-lo! - brzmiał sobie dźwięk (albo jakoś podobnie)
-
Ta-to! - odezwał się znowu po chwili (właśnie tak! Ta-to!)

"Zaraz, zaraz, o co tutaj chodzi?". W tym momencie doświadczyłem nieprzyjemnej sensacji. Galareta, którą noszę w pudełku czaszki zadławiła się od nadmiaru mieszanki skojarzeń zbyt pośpiesznie tłoczonej do komory świadomości. "Przecież jestem jedynym tatą tutaj. To chyba do mnie?"

Budzik wskazywał trzecią zero pięć. Powodowany kategorycznym imperatywem natychmiastowego uciszenia sprawy, zwlokłem się z łóżka i skierowałem do pokoju Tytusa. Ponieważ było absolutnie ciemno, nawet nie zadałem sobie trudu otwarcia oczu, co w normalnych okolicznościach musiałby skończyć się źle. Ale nie tym razem. Bo tym razem byłem jak ten niewidomy mistrz z filmów kung-fu, który dopiero w decydującym starciu ujawnia swoją zadziwiającą umiejętność.

- Czego chcesz? - zapytałem kiedy dotarłem do jego pokoju. Był zupełnie rozbudzony. Musiał długo wołać.
- Siku.

"Siku? Jak to?". I wtedy po raz drugi silnik się zadławił. Rzeczywiście, Tytus od kilku dni woła, że chce mu się siku. Przez pięć lat nie wołał a teraz nagle woła. Do niedawna przewijaliśmy go codziennie po kilka razy dziennie. I jak gdyby nigdy nic, dwa tygodnie temu, nagle się skończyło. Tamtego wieczora zawołał trzy razy z rzędu. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Dla nas to była anomalia. Błąd systemu. Myśleliśmy, że Tytus zwyczajnie tego nie kontroluje, nie czuje, "że mu się chce". Niemal pogodziliśmy się z tym, że do końca życia będziemy go przewijać. Paczka pieluch tygodniowo to był stały punkt na naszej liście zakupów. Tyle lat namawiania, strofowania, argumentowania, nagradzania i karania. I wszystko na nic. A tu, ni z tego ni z owego - jest! Tak więc, pewnie minie jeszcze trochę czasu nim się przestawię.

Dźwignąłem go z łóżka i zaniosłem do ubikacji, żeby go wysadzić. Sikneliśmy, wytarliśmy siusiaka i spuściliśmy wodę. O trzeciej zero pięć. O trzeciej zero pięć każdy normalny rodzic, byłby co najmniej sfrustrowany. A ja byłem w siódmym niebie. Całowałem Tytusa po głowie i chwaliłem za to jakie piękne siusiu zrobił. Normalny rodzic nigdy też nie pozna smaku takich sukcesów. A ja sycę się nimi jak dojrzałą brzoskwinią nabrzmiałą od nadmiaru soków, które aż wyciekają spomiędzy palców, kiedy się w nią wgryzam.

Parę dni temu, kiedy wróciłem z pracy, Gosia mnie spytała:

- Wysadzałeś z rana Tytusa?

Pokręciłem głową.

- Naprawdę nie wysadzałeś?

- Nie. Dlaczego pytasz?

- A wiesz, co ten gnojek zrobił?

- No co zrobił? - odpowiedziałem i na wszelki wypadek usiadłem.

- Otóż Tytus – zaczęła - po obudzeniu otworzył sobie drzwi, podczołgał się do ubikacji, wstał przy muszli, zdjął spodnie, zdjął pieluszkę, zrobił siusiu, wytarł siusiaka i jeszcze spuścił wodę. A potem przyszedł do mnie do łóżka, żebym mu pomogła założyć pieluchę. Dasz wiarę?

Z trudem. Przysięgam, że gdyby miesiąc temu ktoś mi powiedział, że Tytus dokona czegoś takiego, pomyślałbym, że chyba na głowę upadł. Na szczęście życie nie przestaje mnie zadziwiać...