Trzy słowa do ojca - maj 2013
piątek, 06 grudnia 2013 22:58

Dziś przy kolacji Tytus powiedział coś, co totalnie mnie rozwaliło.

Wróciłem z pracy o dziewiętnastej, zryty jak zwykle. Dzieci były chore więc Gosia była na mnie zła, że jestem późno, bo nie miała jak zrobić zakupów (zazwyczaj już po osiemnastej nasza „Biedzia” jest wymieciona ze świeżego pieczywa i trzeba się ratować paczkowanym). Gosia pobiegła więc do sklepu a mnie spotkał rzadki przywilej zaopiekowania się potworami. Na początku próbowałem im czytać, jednak pomysł sprawdził się tak sobie. Tytus głośno zawodził, najwyraźniej próbując mnie zagłuszyć a gdy mu się nie powiodło, zaczął, ot tak, pukać mi od spodu w książkę. Podchwyciła to Olena i już po chwili po chwili obydwoje ścigali się kto pierwszy wytrącił tacie książkę. Najspokojniej jak potrafiłem, oznajmiłem im, że wobec tego nie będziemy już czytać i że sobie idę, jednak odebrali to jako zaproszenie do następnej zabawy. Uczepili się moich nóg i udało im się mnie przewrócić. Olena wlazła mi na plecy i kazała się wieźć. Wtedy Tytus poczuł się pominięty i rozpętał jedną ze swoich histerii. Po tym wszystkim nakrzyczałem na nich i poszedłem obejrzeć dziennik w TV.

Niestety nie zdążyłem, bo przyszła Gosia i odwaliliśmy standardowy program małżeńskich czułości:

- Wolisz im zrobić kolację czy wyrzucić śmieci? – zapytała.

 
- Wolę wyrzucić śmieci – rzuciłem i uciekłem do sypialni. Poszła za mną, założyła ręce i czekała.

- Jutro wyrzucę – wyjaśniłem.

- Nie jutro. Pieluchy śmierdzą. Nie czujesz?

- Mam katar. Jakoś wytrzymam.

- Ale ja nie wytrzymam. Kolacja czy śmieci?

Byłem już trochę zmaltretowany opieką nad dzieciakami, ale było zimno i lał deszcz. Dlatego wybrałem kolację. Źle wybrałem.

Olena zażyczyła sobie kanapkę z „kujbaską” i pochłonęła ją w pół minuty dopychając bułą z dżemem. Poprawiła jeszcze deserkiem orzechowym. Natomiast Tytus był zbyt rozkojarzony, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję, więc zrobiłem mu kanapkę z szynką. Posadziłem go przy stole i położyłem ją przed nim. Gapił się tak jakby widział ją pierwszy raz. To na mnie, to na kanapkę, to znów na mnie. Skapitulowałem i spróbowałem mu pomóc, ale problem był taki, że Tytus robił wszystko żeby tylko nie jeść. Śpiewał, wiercił się i przyklejał szynkę do czoła. Otwierał buzię szeroko a gdy zbliżałem się z kanapką zamykał ją i śmiał się w niebogłosy. Im bardziej się denerwowałem tym większą miał zabawę. A kiedy w końcu udało mi się zdążyć obraził się i zaczął mnie przeganiać. Więc mu oznajmiłem:

- Może na mamie robi to wrażenie, ale mnie jest obojętne czy zjesz czy nie, zrozumiano?

Wysłuchał uważnie po czym się uśmiechnął. Ukryłem twarz w dłoniach i poszedłem zrobić sobie herbaty. Jak wróciłem Tytus przekomarzał się o coś z Oleną, ale kanapka leżała nietknięta.

- Tytus, czy ja mam zacząć liczyć czas? Pójdziesz głodny spać.

- Monte chcę.

- Dostaniesz jak zjesz kanapkę. Przynajmniej pół…

Wytyczyliśmy linię na kanapce, do której miał dojechać. Ale po dwóch kęsach zaczął ze mną negocjować jej przesunięcie. Byłem już strasznie zmęczony i wściekły. Chciałem mu spuścić lanie.

- Tytus jesz czy nie jesz?

- Tato… a wiesz co to jest? - I pokazał na butelkę.

- Nie interesuje mnie to.

- Niekapek!

- Tytus, do cholery. Jesz czy nie!?

- Tato…

- Żadne „tato”! Tak czy nie?

- Ja ci muszę coś powiedzieć…

- Proste pytanie: TAK czy NIE?

- Ale posłuchaj!

Byłem o krok od totalnej załamki. Spróbowałem pokonać wroga jego własną bronią.

- Dobra, ale po żołniersku: w dwóch słowach. Rozumiesz? – I pokazałem dwa palce, żeby nie miał wątpliwości.

Tytus spoważniał. Wziął głęboki oddech i rzekł:

- Ja. Kocham.

Po czym spuścił głowę i dodał znacznie ciszej:

- Cię…

No i rozłożył mnie na łopatki, gnojek jeden…